Adam Guziński nakręci film o Piotrkowie

 Adam GuzińskiAdam Guziński, jeden z najciekawszych reżyserów średniego pokolenia 20 kwietnia gościł w Dyskusyjnym Klubie Sztuki w piotrkowskim Ośrodku Działań Artystycznych. Laureat nagród na międzynarodowych festiwalach filmowych w Cannes, Bilbao, Turynie czy Wenecji do Piotrkowa przyjechał nie przypadkowo. Wszak tutaj spędził młodość, a już w czerwcu, z okazji jubileuszu 800-lecia miasta, będzie kręcił film o Piotrkowie.

Zaliczany do grona najciekawszych reżyserów średniego pokolenia, absolwent Łódzkiej Filmówki, uczeń Wojciecha Hasa, twórca spektakli dla Teatru Telewizji i warszawskiego Teatru Powszechnego, laureat wielu nagród na międzynarodowych festiwalach filmowych – Adam Guziński (ur. 1970) już w czerwcu rozpocznie pracę na planie filmu dokumentalnego o Piotrkowie, który wstępnie zatytułował „Impresja o mieście”. Guziński, który urodził się w Koninie, młodość spędził w Piotrkowie. Jest między innymi absolwentem nieistniejącej już dziś Szkoły Podstawowej nr 7, w okresie szkoły średniej związany był z piotrkowskimi zespołami punkowymi i eksperymentalnymi oraz Galerią OFF. 20 kwietnia, reżyser był gościem Dyskusyjnego Klubu Sztuki, którego spotkanie odbyło się w Ośrodku Działań Artystycznych przy ulicy Dąbrowskiego 5. Podczas wydarzenia odbyła się również prezentacja trzech filmów Adama Guzińskiego, były to „Pokuszenie”, „Jakub” oraz „Antychryst”. Warto dodać, iż reżyser za swój pierwszy film krótkometrażowy, wspomniane „Pokuszenie” (1996) otrzymał Nagrodę Specjalną na festiwalu w Siennie, z kolei drugi film „Jakub” (1997) przyniósł mu Główną Nagrodę Cinefondation na festiwalu w Cannes. Trzeci film – „Antychryst” – był nie tylko pozytywnie zaopiniowany przez samego Wernera Herzoga, ale także otrzymał szereg nagród między innymi Grand Prix na Festiwalu Filmowym w Bilbao, Nagrodę Studencką na Festiwalu Krótkiego Metrażu w Nicei, Specjalne Wyróżnienie na Festiwalu Filmowym w Turynie, czy nagrodę La Luna de Valencia de Plata festiwalu Cinema Jove w Walencji.  Ostatnie lata twórczości Guzińskiego to dwa filmy pełnometrażowe – „Chłopiec na galopującym koniu” (2006) i „Wspomnienie lata” (2016) . Pierwszy z wymienionych był prezentowany na Międzynarodowym Festiwalu w Cannes w części pozakonkursowej.

W trakcie spotkania z publicznością Dyskusyjnego Klubu Sztuki reżyser mówił o planowanym piotrkowskim filmie, jak i miedzy innymi wspominał młodość spędzoną w Piotrkowie, opowiadał o swej fascynacji dziełami Ingmara Bergmana oraz dzielił się refleksjami na temat pracy filmowca.

Poniżej prezentujemy fragmenty wypowiedzi artysty.

O planowanym piotrkowskim filmie:

– Pojawiła się pewna propozycja i zgoda, żeby ten film zupełnie inaczej wyglądał niż klasyczny film o mieście. (…) Zainspirowany innym filmem przedstawiłem swój pomysł, co mam na myśli i co chcę tutaj zrobić. Robienie filmu o mieście w taki klasyczny sposób raczej mnie nie kręci. Planuję zdjęcia na dwa tygodnie. To będzie film bez udziału aktorów, oparty na obrazach i muzyce, który ma oddać klimat miasta i jego rzeczywistość.

O młodości w Piotrkowie i wyborze drogi artystycznej:  

– Jak miałem 15 lat to ogólnie w Piotrkowie nic się nie działo, ani na poziomie kulturalnym i w ogóle. Jedynym miejscem, do którego się chodziło był Dyskusyjny Klub Filmowy w Wojewódzkim Domu Kultury, który intensywnie działał i sprowadzał filmy poprzez ambasady. W DKF-ie robiono przeglądy kina Rainera Fassbindera, Wernera Herzoga czy wielu innych. Były to dzieła zupełnie niezwykłe. I to, że można było wtedy oglądać to kino ambitne tu w Piotrkowie, sprawiło, że ja, który od 15 roku życia byłem w punkowej grupie, zacząłem się interesować sztuką. A warto podkreślić, że punkowie wtedy w Piotrkowie byli zaangażowani, nie stanowili tylko typowych przedstawicieli „new future”, którzy zwykle piją wino i niewiele ich obchodzi. To piotrkowskie środowisko zawsze miało jakieś ciekawe pomysły i słuchało ciekawej muzyki. Tworzyliśmy swoisty ferment wśród ludzi, którzy w jakiś dziwny sposób też byli zainteresowani sztuką. Niemniej dla mnie najciekawiej zaczęło się dziać wówczas, gdy trafiłem na książkę o futurystach. Przeczytałem wtedy o ludziach, którzy się wówczas buntowali – futuryści, dadaiści, surrealiści – i to mnie tak wkręciło, ta szersza strona patrzenia na świat, także na sztukę, że z tego mojego punkowego buntu, który był ukierunkowany na świat zewnętrzny i komunę, na wszystko i przeciw wszystkiemu, nagle zaczął się pojawiać się taki zalążek fermentu sztuki. Spotkałem ludzi, którzy wypowiadali się chociażby poprzez swoje obrazy, bardzo ostro, na pewne społeczne tematy. Zacząłem wtedy rysować. Nawet przez jakiś czas myślałem o tym, żeby pójść do szkoły plastycznej. Dużo pod tym kątem wtedy robiłem. A przy tym grałem w kapelach, najpierw punkowych, później eksperymentalnych. Odkryłem dla siebie Galerię OFF, którą prowadził Piotrek Gajda w podziemiach kina „Hawana”, i którą nam użyczał. Byli tu zapraszani ludzie z całej Polski ze środowisk undergroundowych. Tworzyło się w tej galerii takie miejsce, gdzie można było się pokazać, zorganizować wystawę, zagrać koncert, próbować dadaistycznego kabaretu czy w ogóle artystycznie eksperymentować. To rysowanie, filmy oglądane w DKF-ie i doświadczenia artystyczne doprowadziły mnie do reżyserii, choć wtedy nigdy bym nie pomyślał, by zostać reżyserem (nie miałem takiej śmiałości). Miałem 19 lat i dwa lata na przemyślenie, co chcę w życiu robić. Odrabiałem wtedy wojsko w szpitalu na oddziale chirurgicznym. Rysowanie nie kręciło mnie już na tyle, bym czuł, że mogę się w nim spełnić. Pamiętam, że znajomy któregoś dnia przyniósł broszurkę ze szkoły filmowej w Łodzi. I jak spojrzałem na to, czego wymagano podczas składania dokumentów i egzaminów na wydział reżyserski, to okazało się, że ja to wszystko robiłem przez ostatnie lata. Mój artystyczny życiorys, w którym napisałem na kilku stronach o tej mojej drodze zainteresowań, poczynając od punka po futurystów i tak dalej, jak się później dowiedziałem był czytany przez wszystkich członków komisji egzaminacyjnej z dużym zainteresowaniem. I tak się dostałem na reżyserię, za pierwszym podejściem, jako jeden z 5 przyjętych, choć o miejsce ubiegało się 200 osób.

Adam Guziński                    

O pracy w teatrze:

– Pracowałem w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Zrobiłem tam dwa spektakle. Pierwszy był z Dominiką Ostałowską i Łukaszem Simlatem pt. „Febe wróć” według australijskiego autora Michalea Gow, drugi – taki niemal Bergmanowski, według Niklasa Rådströma, zatytułowany „Salamandra” z Elżbietą Kępińską i Jolantą Żółkowską. Bardzo mnie interesuje by pracować z aktorami, w ogóle bardzo lubię aktorów. Choć nie jestem stricte teatralnym reżyserem w teatrze interesuje mnie psychologia. To wejście w świat postaci. Teatr daje jedną niesamowitą rzecz – możliwość, żeby zobaczyć, jak daleko i głęboko można pójść na scenie ze aktorem w danej roli. Jak się trafia na świetnego aktora, takiego jak na przykład Dominika Ostałowska, staje się to możliwe. Mnie wręcz fascynuje, gdy aktor może dać z siebie więcej niż ja, jako reżyser, mogłem wymyślić w danej materii. To jest super sprawa, po to zostałem reżyserem. (…) Teatr jest dla mnie jakimś takim laboratorium pracy z aktorem. Strasznie mnie to kręci. Mogę tam siedzieć i godzinami próbować z aktorami sceny, a jeszcze jak trafiam na aktora, który lubi to tak samo wówczas jest ten tak zwany „total”.

O filmie „Wspomnienie lata”:

– Mój ostatni film to taka podróż w mój świat, w okres dzieciństwa, w koniec lat 70. „Wspomnienie lata” jest jakby rozwinięciem filmu „Jakub” i historii nieobecności ojca. Ale tutaj sytuacja jest oczywiście zupełnie inna. To jest opowieść o relacji syna z matką, o skomplikowanej sytuacji, jaką tworzy ta nieobecność ojca w życiu zarówno dziecka, jak i matki. Choć bardzo lubię czarno-białe filmy mój ostatni obraz nie mógł być niekolorowy choćby z racji faktu, że cała rzecz dzieje się w wakacje, w blasku słońca i w pełni życia letniego końca lat 70. w Polsce.

O gatunkach filmowych:

– Głównie realizuję dramaty. Na mnie zawsze robiło największe wrażenie, kiedy ktoś opowiadał o jakichś skrajnie bolesnych sytuacjach. Z autorów, których cenię, to oczywiście mój ukochany Bergman, który był specjalistą w wchodzeniu w świat międzyludzkich bolesnych relacji. Sądzę, że mam całkiem fajne poczucie humoru, ale jakoś kompletnie mnie to nie kręci, by je przenieść na ekran. W ogóle byłaby to dla mnie strata czasu. Ważne dla mnie, jako reżysera, jest by opowiadać o skomplikowanych i trudnych, czy bolesnych sytuacjach naszego życia, bo wtedy mogę coś powiedzieć o ludzkiej naturze bądź jakimś problemie. Wolę to pokazać w filmie i dać przestrzeń na refleksję dla widza, tak jak ma to miejsce w moim ostatnim filmie (ww. „Wspomnienie lata” – przyp. aut.), czyli przedstawić radykalną sytuację, która się dzieje emocjonalnie między matką a synem. Interesowało mnie by postawić w tym filmie pewne pytania. Ten film daje widzom do myślenia. Może kiedyś zrobię jakąś komedię, ale na razie mam inne pomysły i plany…

O filmie „Pokuszenie”:

– Jeśli chodzi o „Pokuszenie” to przyznam, że odkąd pamiętam zawsze interesowały mnie kwestie tego przenikania ducha nazizmu do życia codziennego. Pomysł, by fabułę osadzić w zakładzie fryzjerskim zrodził się podczas jednej z moich wizyt u fryzjera, w zakładzie, który swego czasu istniał w Hali Targowej w Piotrkowie. Był tam wówczas młody pomocnik fryzjera, którego mistrz nie traktował zbyt ulgowo. Przyszło mi później do głowy, by właśnie taki chłopak został bohaterem mego filmu.

O filmie „Jakub”, częściowo kręconym w Piotrkowie:

„Jakub” – ten film jest chyba dla mnie najbardziej osobisty – historia tego 12-letniego chłopca – o świecie w takim zawieszeniu z powodu nieobecności ojca. To nie jest absolutnie moja historia, to nie jest przeniesienie mojego życia na ekran, ale w jakimś stopniu jest ona oparta na moich doświadczeniach. Interesowało mnie by opowiedzieć o świecie tego tytułowego Jakuba, 12-latka który musi sobie wraz z matką radzić z nieobecnością ojca, który pracuje zagranicą, i który w jego życiu zjawia się zwykle na kilka chwil. To jest tylko dotknięcie tego tematu. Niemniej ten film jest mi bliski i jest dla mnie ważny.

O filmie „Antychryst”:

– Z „Antychrystem” to była taka historia, że przeczytałem opowiadanie Endre Tótha, Węgra piszącego w języku esperanto, i strasznie mnie kręciło, by zrobić coś bardziej radykalnego niż moje poprzednie filmy, coś skrajniej emocjonalnego, gdyż te poprzednie obrazy traktowałem bardziej jako wprawki do reżyserskiego zawodu. Po przeczytaniu opowiadania okazało się, że mamy wolne prawo do tego tekstu i zacząłem nad nim pracować. Bardzo interesowała mnie wielowarstwowa sytuacja tego żartu chłopca, który uważał się za demona, a któremu wymknęła się ona spod kontroli. Zresztą takie rzeczy często zdarzają się w dziecięcych zabawach. (…) Jak kończę film to go nie oglądam. Z „Antychrystem” była jeszcze taka sytuacja, że na jednym z amerykańskim festiwali filmowych, który odbywa się co roku w Kolorado, analizował go sam Werner Herzog. Podobno bardzo mu się podobał. „Antychryst” to taka próba poszkolna, taka przymiarka do fabuł.

 O pracy z dziećmi:

– Dobrze się czuję z takim medium, jakim jest dziecko. W ogóle świat widziany oczami dziecka widzi się intensywniej. A przy tym jest to echo, w którym odbija się świat dorosłych. Z jednej strony mamy rodzącą się wrażliwość, która musi się skonfrontować ze światem dorosłych. A z drugiej strony jest ten świat dorosłych, który przenika struktury dzieciaków. I to mnie zawsze interesowało i nadal interesuje. I o tym robię filmy. W ogóle lubię pracować z dziećmi. Są też tematy uniwersalne.

O pracy na planie filmowym:

– Mam taką, tak sądzę, wrażliwość wizualną, która sprawia, że jak patrzę na kadr to wszystko w nim musi być jakieś plastyczne. Ten „Antychryst”, który jest taki plastycznie brudny, jednak bardzo malarski i jednolity w swoim charakterze, bardzo mnie jako obraz interesuje. Praca z kamerzystą jest czasem bardzo bolesna. Zwłaszcza, gdy operator jest wyrazistą osobowością. Ostatnio pracowałem ze świetnym operatorem – Adamem Sikorą (m.in. operator filmów Jerzego Skolimowskiego czy Lecha Majewskiego), z którym wcześniej zrobiłem spektakl w Teatrze Telewizji, i który ma niesamowitą wrażliwość wizualną, a poza tym jest bardzo fajnym człowiekiem. Jak dotąd współpracowało nam się bardzo dobrze, ale na planie „Wspomnienia lata” było już jednak nieco trudniej, bo Adam należy właśnie do tych trudnych operatorów. Jednakże w którymś momencie musiał pogodzić się z moją wizją filmu. Nawet powiedział: – Dobrze, róbcie już jak on chce. Ja bardzo precyzyjnie widzę każdy kadr, każdą odległość jaka ma w nim być, i jeśli operator mi mówi, że to jest mu obojętne, to dla mnie jest skończony – takim już jestem reżyserem. Dokładnie wiem czego chcę i jak ma to wyglądać podczas ujęcia, i jeśli się z operatorem nie dogadujemy to wtedy jest bardzo ciężko. Jest taka anegdota o Polańskim (jestem z takiej samej szkoły reżyserskiej jak on), który powiedział do Swena Nykvista, słynnego operatora samego Bergmana: – Ty kochany jesteś tylko odpowiedzialny za światło. Kamera to ja! Nawet Wojciech Has mawiał, że szwenkier to jego człowiek. Podoba mi się to, co powiedziała mi Jola Dylewska, znakomita operatorka, która teraz pracuje u Agnieszki Holland: – Reżyser tworzy świat przed kamerą, a my wszyscy, czyli ekipa, się do tego dostosowujemy.

Tekst i foto: Agnieszka Warchulińska