Bogdan Sölle: Piotrków – patrzę i jestem zauroczony

Jeden z najbardziej znanych i cenionych polskich scenografów filmowych gościł w Piotrkowie 16 listopada 2016 roku przy okazji realizacji przez stację telewizyjną CANAL+ DISCOVERY programu dokumentalnego z serii „Polska filmowa”. Bogdan Sölle, bo to o nim mowa, ma na swoim koncie pracę przy ponad 50 filmach i serialach u boku najznakomitszych polskich reżyserów. W Piotrkowie pracował na planach takich produkcji, jak: „Komediantka”, „Ucieczka z miejsc ukochanych”, „Kanclerz”, „Syzyfowe prace” i „Non Sono Io”. Obecnie Bogdan Sölle jest wykładowcą w Łódzkiej Filmówce.

 – Panie Bogdanie spotykamy się w Piotrkowie przy okazji zdjęć do filmu dokumentalnego o filmowym Piotrkowie i w związku z tym chciałam zapytać, kiedy po raz pierwszy przyjechał pan jako scenograf do Piotrkowa?

Bogdan Sölle: – Nawet już nie pamiętam, to są zamierzchłe czasy, chyba takie, kiedy jeszcze dinozaury żyły (śmiech). W każdym razie Piotrków był mi znany bardzo dawno temu. Dlatego, że scenograf aby móc zaproponować reżyserowi jakiekolwiek obiekty zdjęciowe jeździ po Polsce i szuka różnych miejsc. Reżyser i operator mogą sobie siedzieć w domu, bo to ja jako pierwszy muszę znaleźć te miejsca zdjęciowe, zrobić dokumentację fotograficzną, przyjechać do nich i im je zaproponować. I stąd też moje kilkakrotne na przestrzeni lat odwiedziny Piotrkowa. Różnych rzeczy tu szukałem. Raz były to podwórka, innym razem ciekawe zakamarki. Największą dokumentację wykonałem tu do serialu „Syzyfowe prace”, bo właściwie wszystkie te uliczki dookoła rynku grały w tym serialu. Jedne częściej, inne były zaadaptowane do zdjęć jednorazowo, tak jak na przykład ulica Pijarska do sceny, w której bohater „Syzyfowych prac” wraz z matką przyjeżdża po raz pierwszy do Klerykowa i zatrzymuje się w małym hoteliku. Piotrków oczywiście zagrał Kleryków. Niestety Kielce się nie nadawały do roli plenerów, a Piotrków miał ten urok wąskich uliczek, zaułków i to tu udało mi się znaleźć mieszkanie Biruty i zaułek na wspomniany hotel, jak i plenery do różnych scen ulicznych. To w Piotrkowie między innymi kręciliśmy ujęcia z Kozakami na koniach, którzy biorą udział w akcji zamiany tablic z polskimi nazwami ulic na rosyjskie. Piotrków absolutnie spełnił swoje zadanie. Nie udało mi się tylko znaleźć w Piotrkowie liceum, pasującego architektonicznie do tego, jakie wtedy było w tym Klerykowie. Na szczęście w filmie jest tak, że zdjęcia się skleja, wchodzi się z bramy we fragment architektury jakiegoś podwórka i ta brama jest w zupełnie innym miejscu niż owo podwórko. Podobnie było z Birutą. Scena z ojcem rozpoczynała się przed budynkiem w Piotrkowie, następnie aktorzy wchodzili w bramę, a klatka schodowa była w Łodzi. Piotrków jest uroczy. Zresztą nie tylko „Syzyfowe prace” tu realizowałem, ale także kilkanaście innych filmów, łącznie z produkcjami zagranicznymi.

– Z tych zagranicznych to ostatnim był chyba włoski „Non Sono Io”?

– Tak. Z tym filmem i Piotrkowem związana jest nawet pewna anegdota. Mianowicie w tej uliczce, która prowadzi do kościoła oo. Jezuitów, noszącej miano Konarskiego, mającej zresztą świetną architekturę, bardzo przypominającą architekturę obiektów sakralnych we Włoszech, znalazłem się, bowiem „Non Sono Io” był filmem, który z racji niedużego budżetu postanowiono kręcić w Polsce. W dodatku był to debiut reżyserski. I szukałem tu w Piotrkowie krajobrazów Sycylii, a właściwie Katanii. I proszę sobie wyobrazić – przyjeżdżam do Piotrkowa, szukam tej uliczki, bo myślałem o tym kościele, który zapamiętałem jako ten przypominający te włoskie, z płaskimi frontonami, i co? Patrzę, a tam na jednej z kamieniczek wisi szyld biura podroży o nazwie „Katania”. No zbieg okoliczności niesamowity. Przywiozłem tu tych Włochów, żeby to zobaczyli, i oni myśleli, że ten szyld to ja specjalnie w tym miejscu powiesiłem. Czasem zdarzają się tak niesamowite sytuacje. (…)

– W pańskich biogramach w Internecie można znaleźć informacje, że zaczynał pan swą przygodę z filmem od kultowego już dziś serialu „Stawka większa niż życie”…  

– To właściwie nie był mój pierwszy film, a drugi. Bo pierwszy to była „Lalka” Hasa. Tam zaczynałem, od prac przy skomplikowanych budowlach na hali zdjęciowej, miedzy innymi współtworzyłem pracownię Szumana i pokoje Wokulskiego. Wtedy też po raz pierwszy zobaczyłem czym jest magia kina. Miałem przygotowanie zawodowe, bo kończyłem krakowską ASP ze specjalizacją scenograf, ale z filmem wtedy nie miałem jeszcze do czynienia. Wszystko więc było dla mnie nowością. Na początku w ogóle myślałem, że będę zajmował się scenografią teatralną, ale to, co zobaczyłem na planie filmowym – te dekoracje na hali – nie wierzyłem, że można coś takiego stworzyć. I praca przy „Lalce” była takim głębokim postanowieniem, że nie teatr (choć w nim też potniej pracowałem), ale właśnie film. Ta magia kina to jest coś niebywałego. Jako scenograf mogę wymyślać sobie jakieś projekty, a następnie je zbudować tak, by mogły udawać rzeczywistość filmową, a ludzie wierzyli, że są prawdziwe. Ja to też nazywam czasem oszustwem scenograficznym (śmiech). Stwarzam rzeczywistość, której nie ma. Zwłaszcza, gdy robimy film historyczny to jest to stwarzanie czegoś, czego nie ma. Ale tu już trzeba wiedzieć tysiące rzeczy. Trzeba mieć na przykład wiedzę z kultury materialnej różnych epok. Wiedzieć, jak w danym wieku ludzie jedli, jak spali, w jakich ubraniach chodzili, co robili, jak ozdabiali wnętrza swych domów, jak je oświetlali. To są dość skomplikowane kwestie, w których nie można sobie pozwolić na anachronizmy, bo to byłaby kompromitacja. Często bywało tak, że odwiedzałem antykwariaty i kupowałem rozmaite książki, z różnych dziedzin. Wiedziałem, że mogą w mej pracy niebawem mi się przydać.

3 (2) 4 (2) 7 2 1 (2)

 

– Czy nadal pracuje pan, jako scenograf?

– W tej chwili zawodowo się już nie udzielam, nie dlatego, że nie mógłbym jeszcze pracować, ale dlatego, że wszystko się bardzo w tej dziedzinie pozmieniało. Nie chcę tu nikogo krytykować, ale kiedy oglądam obecne produkcje to widzę taką bylejakość w dziedzinie scenografii. Pieniądz sprawia, że stawia się na szybkie realizacje. Zatrudniani są ludzie „z łapanki”, nieprzygotowani, ale za to tani, więc i opłacalni. Albo są to też bardzo młodzi ludzie, który się wydaje, że już wszystko wiedzą. I potem mamy na ekranie postać dajmy na to prawnika, który z fizjonomii i doboru aktora wygląda na osobę, która dopiero zaczyna adwokacką karierę, a mieszka w apartamencie takim, który kosztuje ogromne pieniądze. I gdzie tu wiarygodność? Mamy więc postać i wnętrze, które kompletnie nie pasuje do tej postaci. Sztuką jest zrobienie wnętrza osobowego. Na przykład mam wnętrze, w którym niby mieszka starsza pani, była nauczycielka. Pytanie więc sobie stawiam – co ona będzie miała w tym mieszkaniu? Pewnie będzie tam bardzo dużo książek, wnętrze nie będzie zbyt uładzone, bo ona jest co prawda kobietą dbającą o porządek, ale nie przywiązuje do tego aż tak wielkiej wagi. Czym może się zajmować, skoro już nie pracuje zawodowo? Może robić na drutach, ale równie dobrze może wykonywać jakieś wyklejanki, trzeba wymyśleć dla niej – czasem patrzy się na aktorkę – jakieś hobby, które będzie do niej pasowało. I to jest wnętrze osobowe. Czasem nam scenografom aktorzy dziękują, gdy im podajemy jakiś rekwizyt, który ułatwia im grę. (…) Rekwizyty to przedmioty, które podkreślają epokę, to takie niuanse, na które zwykle widz nie zwraca uwagi, ale jakiś detal we wnętrzu potrafi niesamowicie zbudować nastój w scenie i wiele mówi też o bohaterze.

– Przy którym filmie najtrudniej się panu pracowało?

– Filmu takiego nie było, ale sporo trudności przysparzały mi seriale. Do takich należały produkcje, w których musieliśmy się przemieszczać po zamkach w Polsce. Dużo mamy w naszym kraju różnego rodzaju zamków. Tylko jest jeden kłopot, że ktoś kiedyś wymyślił, by wszystkie wnętrza w naszych zamkach pomalować na biało. Podobnie w dworach. A przecież w tych ostatnich mawiano, że idziemy do zielonej bawialni czy do malinowej sali. W przeszłości używano kolorów. Nie było takich wybielonych wnętrz. W renesansie były jeszcze tzw. opony, czyli na pewnych stelażach rozwieszane stylowe tkaniny, zwłaszcza zimą, które ochraniały od przeciągów, a umieszczone blisko kominka nie pozwalały by ciepło ulatniało się po kątach. W zamkach, w których były posadzki kamienne, zimą rozkładano na nich igliwie, co izolowało od zimna. (…). Często też wykonywaliśmy do filmów meble, których normalnie żadne muzeum by nam nie wypożyczyło z uwagi na ich wartość. Takie meble zwykle wykorzystywano w kilku filmach, bo praca przy ich wykonaniu była trudna i czasochłonna. Takich rzeczy się nie niszczyło. Każdy film to nowa historia, inne problemy, które musi rozwiązać scenograf. Reżyserowi nie można powiedzieć, że nie mogę, albo, że się nie da. Tego powiedzenia nie ma. Swoim współpracownikom zawsze powtarzałem: – Żebyś nie wiem w jakiej był/była sytuacji, nie mów, że się czegoś nie da zrobić. Trzeba pomyśleć. Czasem przyjdzie pomysł na rozwiązanie tak prosty, że aż zaskakujący. Tak było w „Chłopach” – reżyser Rybkowski wymyślił sobie, że jeden z bohaterów idzie z podarunkiem w gości i niesie gęsie jaja, tylko to był akurat sezon, że gęsi jaj nie niosły. I co? Z muzeum ornitologii rekwizytor pożyczył jedno gęsie jajo i sztukatorzy zrobili nam odlew, nawet ta sztuczna skorupka była równie cienka jak w prawdziwych jajkach. Niestety wcześniej ten sam rekwizytor „palnął” Rybkowskiemu, że tych jaj chyba nie uda się znaleźć. Niemniej jak już zostały one wykonane i pokazaliśmy reżyserowi ich cały kosz Rybkowski powiedział: – No tak, jak ich się przyciśnie to i jajka gęsie znajdą (śmiech). W tym zawodzie potrzebna jest łatwość improwizacji.

– Pana oczami – Piotrków zmienił się przez te wszystkie lata?

– Zmienił się. Patrzę i jestem zauroczony. Nawet się tutaj wybiorę specjalnie z żoną, jak tylko się wiosna zacznie. Obejdziemy sobie to wszystko. Zajrzałem dziś nawet w jedno podwórko, które jak pamiętam było kompletnie zapyziałe i zniszczone, a teraz jest cudowne – to Pijarska 1 – ono zagrało w „Ucieczce z miejsc ukochanych”. Ten film ja właściwie przygotowywałem, ale ponieważ dostałem wtedy wizę do Stanów Zjednoczonych więc przy realizacji serialu był już mój bardzo dobry kolega i współpracownik. Niemniej całą dokumentację, łącznie ze znalezionymi obiektami, przygotowałem osobiście. By jednak odwdzięczyć się koledze za zastępstwo poprosiłem, by w napisach końcowych produkcji umieścić jego nazwisko jako drugiego, równorzędnego scenografa. I od tego zaczął on swoją karierę.

Rozmawiała: Agnieszka Warchulińska

Foto: Agnieszka Warchulińska