Konrad Nałęcki, reżyser „Czterech pancernych i psa” był piotrkowianinem

konrad-naleckiKonrad Nałęcki (1919-1991), reżyser polskiego serialu wszechczasów „Czterej pancerni i pies” urodził się w Piotrkowie i w Piotrkowie spędził swoją młodość. Był absolwentem Gimnazjum im. Bolesława Chrobrego i drużynowym IV piotrkowskiej drużyny harcerskiej. W 1938 roku trafił do słynnej „Podchorążówki”, czyli kompanii CKM-ów Szkoły Podchorążych Rezerwy w Częstochowie. Brał udział w obronie kraju we wrześniu 1939 roku. II wojnę światową zakończył jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego.Mądry, skromny, z wdziękiem flegmatyka i niezaradnością dziecka, w młodości malował i rzeźbił, po wojnie związał swe losy z filmem. Jako reżyser nie tylko zekranizował książkę Janusza Przymanowskiego o przygodach dzielnej załogi czołgu Rudy 102, ale także „odkrył” dla polskiego kina takie gwiazdy jak: Bogumił Kobiela, Bogusz Bilewski czy Barbara Wrzesińska. Prywatnie przyjaciel Andrzeja Wajdy. O swoim rodzinnym Piotrkowie mawiał, że tylko tu są najpiękniejsze dziewczęta.

Reżysera wspomina jego syn, Michał Nałęcki.

Jak pana tata wspominał Piotrków? Czy lubił tu wracać?

Konrad Nałęcki na planie serialu „Czterej pancerni i pies”.
Konrad Nałęcki na planie serialu „Czterej pancerni i pies”.

Michał Nałęcki: – Tata bardzo chętnie i bardzo często wracał do Piotrkowa. Do 1962 roku mieszkaliśmy w Łodzi więc to było stosunkowo blisko, przyjeżdżaliśmy do Sulejowa na takie, jak to dziś mówimy letnie weekendy, a wtedy to były biwaki. I zawsze wtedy też odwiedzaliśmy Piotrków. Oprowadzał nas po miejscach, które były związane z jego młodością. Przede wszystkim prowadził nas do Gimnazjum Chrobrego (obecnie I LO im. B. Chrobrego; przyp. aut.). Pamiętam, że odwiedzaliśmy dom, w którym mieszkał, to było na ulicy Słowackiego i zawsze tata zaznaczał, że za przejazdem. To podobno bardzo ważne było. I także dom, w którym się urodził na ulicy Belzackiej. Przy czym tego domu na ulicy Belzackiej kompletnie nie pamiętam, natomiast tam ze Słowackiego coś pamiętam, ale chyba bym w tej chwili nie rozpoznał budynku. To tyle jeśli chodzi o te wspomnienia z lat 60., kiedy ja byłem mały. Potem przyjeżdżaliśmy tu, gdy mieszkaliśmy już w Warszawie, zwykle z okazji Święta Zmarłych. Często latem w drodze na wakacje, przejeżdżając obok Piotrkowa, też zjeżdżało się do miasta. Chyba nie przypadkowe było to, że tato wybrał plenery pod Tomaszowem do serialu „Czterej pancerni i pies” właśnie dlatego, że je bardzo dobrze znał. Jako harcerz na terenie lasów spalskich prowadził swoją drużynę więc zdecydowanie łatwiej tutaj mu było znaleźć plenery niż gdzie indziej.

Skoro wspomniał pan o plenerach pod Tomaszowem to automatycznie przechodzimy do serialu wszechczasów, czyli „Czterech pancernych i psa” – co pan pamięta z tego okresu, gdy tato reżyserował serial, czy bywał pan na jego planie? Krąży informacja, że podobno w nim pan zagrał?

Michał Nałęcki: – Zagrał to zbyt dużo powiedziane. Statystowałem. Tutaj pod Tomaszowem byłem na planie podczas którejś Wielkanocy, roku nie pamiętam, ale pamiętam, że przez 2-3 dni były kręcone sceny przy moście kolejowym na Pilicy. Natomiast dużo więcej przebywałem na planie wcześniej, przy realizacji pierwszej serii, w Żaganiu. Po prostu byłem wtedy i młodszy i bardziej mnie to interesowało. Gdy tata kręcił kolejne odcinki pod Tomaszowem to byłem już w liceum i dla mnie, niemal już maturzysty, była to taka sobie rozrywka (śmiech). Natomiast wcześniej jeżdżenie czołgiem, oglądanie broni z bliska czy rzucanie petardami było bardzo ciekawym zajęciem dla chłopaka 12-13-letniego.

Czy prawdą jest, że to do pana należy autorstwo słynnego dialogu pomiędzy Gustlikiem a Wichurą, czyli Franciszkiem Pieczką, a Witoldem Pyrkoszem: „Pyrkosz, pyrkosz i nie jedziesz”?

Michał Nałęcki: – Jeżeli pan Witold Pyrkosz tak twierdzi to niech tak pozostanie (śmiech). Podobno tak. Podobno ten dialog powstał na podstawie jakiejś zlepki słów przeze mnie wypowiedzianych, ale nie było to tak, że pstryknąłem palcami i podałem gotowy tekst. Świetnie pamiętam kiedy była ta scena, bo cały dzień byłem wtedy na planie i, jak to młody chłopak, ganiałem wokół tego samochodu.

Konrad Nałęcki chyba nie spodziewał się, że serial zdobędzie taki rozgłos i taką rzeszę fanów, że dla wielu milionów Polaków, stanie się produkcją kultową?

 Michał Nałęcki: – Oczywiście, że nie. W momencie, w którym serial powstawał nikt się nie spodziewał, że to tak może być. Natomiast już po powstaniu pierwszej serii, gdy były dokręcane kolejne serie, i gdy ukazała się wersja kinowa to już wtedy w tamtych czasach zaczęło się rodzić owo szaleństwo, stąd te Kluby Pancernych i całe to zamieszanie wokół serialu. Nikt jednak nie przypuszczał, że to będzie się ciągnęło ponad 40 lat. Nikt też nie mógł się spodziewać, że świat tak się zmieni, a czarno-biały serial cały czas będzie emitowany i będzie zdobywał kolejne rzesze fanów w następnych pokoleniach. Jeśli jest emitowany to sądzę, że reklamy przed i po dobrze się sprzedają więc ma to sens ekonomiczny.

A jakie są pana prywatne wspomnienia taty? Jakim człowiekiem na co dzień był Konrad Nałęcki?

 Michał Nałęcki: – Był strasznie spokojnym człowiekiem. Naprawdę bardzo mało rzeczy go wyprowadzało z równowagi. W domu nie działały na niego nawet moje większe lub mniejsze wybryki. Natomiast na planie to pamiętam, że potrafił być cholerykiem. Jak wszystko bardzo dobrze szło to był cichy i spokojny, taki prawie niewidoczny. Ale w momencie, gdy coś tam się nie zazębiało i wychodziła ludzka głupota to się straszliwie wściekał. Był też zapalonym filatelistą, często przeglądał swoje klasery ze znaczkami.

Anegdota głosi, że świetnie się rozumiał z Trymerem, psem, który odgrywał Szarika? Podobno był jedną z nielicznych osób z ekipy, oprócz tresera, którą ten pies słuchał?

 Michał Nałęcki: – Bo my zawsze mieliśmy psa w domu i myślę, że to była umiejętność taty obcowania ze zwierzęciem. Zresztą zwierzę wyczuwa, kto jest najważniejszy, kto w danej sytuacji jest tym samcem alfa, a reżyser takim na planie właśnie jest i rzeczywiście Trymer bardzo reagował na jego komendy, na to, co mówi. Pamiętam takie sytuacje z planu, jak tata mówił: – Proszę na plan!, to Trymer był zawsze pierwszy, który przychodził, siadał i wpatrywał się w ojca, czekając na komendę „Zaczynamy!”.

Tablica informacyjna SZLAKU CZTERECH PANCERNYCH w Tomaszowie Mazowieckim, w Skansenie Rzeki Pilicy.
Tablica informacyjna SZLAKU CZTERECH PANCERNYCH w Tomaszowie Mazowieckim, w Skansenie Rzeki Pilicy.

A pasje malarskie pana taty, bo przecież gdyby nie wybuch wojny prawdopodobnie zostałby artystą malarzem?

 Michał Nałęcki: – Najprawdopodobniej tak. Nawet po wojnie tata rozpoczął studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie i dopiero kiedy powstała w 1949 roku Wyższa Szkoła Filmowa, późniejsza tak zwana „Filmówka” w Łodzi to był w drugim jej roczniku, bo zaczął tam studiować w 1950 roku. Tata zawsze opowiadał, że był w Sopocie razem ze swym przyjacielem, Andrzejem Wajdą, na wakacjach, i obaj doszli do wniosku, że z malarstwa to chleba raczej nie będzie albo, że będzie ten chleb bardzo ciężki, i że z ich zainteresowaniami mogliby zdawać do „Filmówki”, ale podobno nie byli do końca przekonani do tego pomysłu. Postanowili więc, że jeśli następnego dnia będzie padało to jadą do Łodzi, a jeśli będzie ładna pogoda to zostają nad morzem. Jak łatwo się domyślić następnego dnia padało. Dzięki temu, jeśli chodzi o mojego ojca to mieliśmy, a jeśli chodzi o pana Andrzeja Wajdę to mamy, dwóch reżyserów.

Czy jakieś obrazy ojca zachowały się w Państwa domu? Słyszałam, że Konrad Nałęcki miał też pracownię na Saskiej Kępie?

 Michał Nałęcki: – W latach 60. i 70. pracownie przysługiwały malarzom, którzy byli zrzeszeni w Związku Polskich Artystów Plastyków, ojciec kilkakrotnie do związku aplikował, ale nie został przyjęty. Niemniej miał tę pracownię, były to zwykle wynajmowane garaże albo kawalerki. Jeśli zaś chodzi o jego prace to najwięcej zachowało się szkiców i rysunków z okresu młodzieńczego, z okresu przedwojennego piotrkowskiego. Portrety jego rodziców, rodzeństwa, bardzo ładny cykl z 1938 roku z jego samotnej wyprawy szlakiem zamków Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Tak jak teraz chodzi się z cyfrówką i pstryka zdjęcia, tak wtedy tata chodził i szkicował. Łącznie ten cykl liczy kilkanaście szkiców różnych zamków. Z dokładnymi datami, kiedy te rysunki powstały. To taka jego dokumentacja z wyprawy.

Wniosek z tego, że wolał chyba krajobrazy przenosić na papier czy płótno niż uwieczniać ludzi?

 Michał Nałęcki: – W tym okresie młodzieńczym to głównie krajobrazy, ale udokumentował w szkicach swoją rodzinę, jest bardzo piękny portret namalowany farbami olejnymi mojego dziadka, a jego ojca Michała Nałęckiego, są moje obrazki, siostry. Dokumentował przede wszystkim życie wokół siebie.

Rozmawiała: Agnieszka Warchulińska

Foto: archiwum prywatne Michała Nałęckiego, Agnieszka Wachulińska