Roman Kłosowski – wywiad

Roman KłosowskiW poniedziałek, 11 czerwca zmarł Roman Kłosowski (ur. 1929), jeden z najbardziej cenionych i rozpoznawalnych polskich aktorów. W swoim ogromnym dorobku filmowym miał trzy filmy, które nakręcono w Piotrkowie. Ze szczególną sympatią wspominał pracę przy komedii „Ewa chce spać”. W wywiadach mówił o sobie, że jest człowiekiem prawie spełnionym. Nigdy nie gniewał się na tych, którzy wołali za nim Maliniak.

Roman Kłosowski: mam życie prawie spełnione

Niespełna dziesięć lat temu spotkaliśmy się z aktorem i jego żoną w ich warszawskim mieszkaniu. Dziś przypominamy tę rozmowę, która po raz pierwszy ukazała się na łamach Tygodnia Trybunalskiego w numerze 37/2008.

Roman Kłosowski choć zagrał ponad setkę ról, w filmie i na scenie, dla całych pokoleń widzów pozostanie niezrównanym Maliniakiem z „Czterdziestolatka”. Pomimo poważnych kłopotów zdrowotnych, nadal gra przed kamerą. Ten wspaniały aktor charakterystyczny był również świetnym reżyserem teatralnym. W tej dziedzinie zdobył m.in. nagrodę na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. Od 1976 do 1981 roku był dyrektorem Teatru Powszechnego w Łodzi i to właśnie w Łodzi powstały jego najsłynniejsze kreacje sceniczne: Ryszard III, Szwejk i Mate Bukarica w „Hamlecie we wsi Głucha Dolna”. Prywatnie był człowiekiem bardzo serdecznym, pełnym humoru i ciepła, obdarzonym świetną pamięcią i na każdym kroku podkreślającym swoje ogromne przywiązanie do żony Krystyny.

Pozwoli Pan, że zacznę od pytań związanych z Piotrkowem Trybunalskim. Zagrał Pan w trzech produkcjach, które realizowano w naszym mieście – w komediach „Ewa chce spać”, „Święta wojna” i „Misja specjalna”. Jak wspomina Pan na przykład pierwszą z nich – „Ewa chce spać” Tadeusza Chmielewskiego?

Roman Kłosowski: Pamiętam ten film dość dokładnie, ponieważ jeden z moich kolegów z gimnazjum, Rysio Pluciński, był asystentem reżysera, a sam film był filmem przełomowym. Wtedy, w 1958 roku, po raz pierwszy można było pokazać policję na wesoło. Postać Lulka, którą zagrałem, była niezwykle sympatyczna, do dziś jest zresztą wspominana przez wiele osób. Ja sam na przykład wciąż pamiętam jego powiedzonka, tj. „Cegła tańsza od kapoty, kup Pan cegłę od sieroty”, czy „Odpalasz Pan stówkę, ocalasz Pan główkę”. Wspomnienia mam jak najmilsze. W Piotrkowie, jak dobrze pamiętam, rozgrywała się kluczowa scena z furgonami. Na planie spotkałem wielu wspaniałych kolegów aktorów, takich jak: Ludwik Benoit, Stefan Bartnik, Stanisław Milski i, co ciekawe, a co niewiele osób pamięta, Stanisław Mikulski (Mikulski grał tam jedną z głównych ról, policjanta Piotra, który oprowadzał Ewę po śpiącym mieście). Po raz pierwszy zetknąłem się właśnie z nimi wszystkimi na tym planie. Po raz pierwszy też spotkałem się z Tadkiem Chmielewskim i Andrzejem Czekalskim, który był współreżyserem. Równie miłe wspomnienia mam z filmu Julka Dziedziny…

No właśnie, „Święta wojna” w reżyserii Juliana Dziedziny, to kolejny film nakręcony w Piotrkowie…

– Po „Ewa chce spać” kolejna świetna polska komedia. O ile w „Ewie…” grałem z Basią Kwiatkowską, o tyle w „Świętej wojnie” z Elą Czyżewską, a druga amantką była Janina Brońska. W „Świętej wojnie” po raz pierwszy zetknąłem się też z Andrzejem Kopiczyńskim. Jak wiadomo, później nasze drogi zawodowe dość mocno się zeszły. W „Świętej wojnie” grał też mój kolega, Bolesław Płotnicki, świetny aktor, z którym miałem możliwość zetknąć się w teatrze – m.in. w Teatrze Dramatycznym, gdzie graliśmy razem w „Pamiętniku Anny Frank”. On grał ojca Anny, a ja Piotrusia Van Daana, amanta Anny, którą z kolei grała Janina Traczykówna. Te filmy, to bardzo miły okres w moim życiu. Choć zawsze byłem duchem niespokojnym, to jednak mam życie prawie spełnione, a to dlatego, że tak mi się udało szczęśliwie zetknąć ze wspaniałymi ludźmi, m.in. tymi, których wspominam z filmów „Ewa chce spać”, „Święta wojna”.

Roman Kłosowski zagrał w trzech filmach nakręconych w Piotrkowie. Na zdjęciu (pierwszy z lewej) na planie „Świętej wojny” w Piotrkowie w kwietniu 1965 roku, gdzie partnerował między innymi Elżbiecie Czyżewskiej i Andrzejowi Kopiczyńskiemu.

Zagrał Pan w filmach, które dziś uznawane są za klasykę polskiego kina -„Człowiek na torze”, „Pętla”, „Zamach”, „Baza ludzi umarłych”, „Zezowate szczęście”. A jakie były początki Romana Kłosowskiego przed kamerą?

– Zaczynałem u Kawalerowicza od epizodu takiego chłopaczka w „Celulozie”. Dostałem się tam przez protekcję. Główną rolę w „Celulozie” grała Lucyna Winnicka, moja serdeczna przyjaciółka, i pamiętam, że jak dostała tę rolę, to potem załatwiła rólkę i dla mnie, i w ten sposób znalazłem się na planie we Włocławku, gdzie ten film kręcono. Ten swój początek pamiętam tak dobrze z dwóch powodów. Po pierwsze to było zaraz po zakończeniu szkoły teatralnej, a po drugie – po tym jak skończyły się zdjęcia do „Celulozy”, pojechaliśmy w dziewięć osób (m.in. Traczykówna, Winnicka, Kucharska… itd.) do Szczecina, do teatru, gdzie dyrektorem był Emil Chaberski, wspaniały starszy pan, który wcześniej był dyrektorem Teatru Narodowego. Moje koleżanki i koledzy do Szczecina dotarli wcześniej, ja przyjechałem ostatni. Pamiętam, że przyjechałem prosto z planu „Celulozy”. Melduję się w sekretariacie, wchodzi Chaberski i pani sekretarka mówi: „Panie dyrektorze ostatni przyjechał”. On popatrzył na mnie i mówi: „No, wygląda Pan nie najlepiej, ale może jakoś to będzie”. I było, muszę powiedzieć. Wprawdzie byłem tam dwa lata, ale po raz pierwszy już w tym Szczecinie nie nazywałem się Roman Kłosowski, ale byłem kimś innym. Zagrałem w „Szczęściu Frania” Perzyńskiego i taksówkarze wołali za mną Franio. A propos tego „jakoś to będzie”, to skończę jeszcze anegdotą. To po tym „Szczęściu Frania” napisali o mnie w pierwszej recenzji, że z tego narybku może wyrosnąć jeszcze wcale pokaźna ryba. Po tym wezwał mnie do siebie Chaberski i mówi: „Pan się zdziwi, ale mam dla Pana propozycję; chcę wystawić „Romea i Julię”, i chcę, aby Pan zagrał Romea”. Ja byłem wtedy taki chłopięcy i pasowałem mu do koncepcji, ale poprosiłem: „Panie dyrektorze, niech mnie pan nie krzywdzi”. I nie zagrałem Romea. Co prawda zagrałem w tym spektaklu, tyle tylko, że służącego Pietrka.

Większość osób kojarzy Pana z ról komediowych, z tzw. emploi komediowego, ale przecież ma Pan na swoim koncie wspaniałe role dramatyczne na scenie, jak chociażby rola Ryszarda III w łódzkim Teatrze Powszechnym w 1976 roku, która przeszła do historii polskiego teatru. Jest Pan również reżyserem…

– A propos Ryszard III, też mam autentyczną anegdotę. Niedawno byłem na jubileuszu mojej serdecznej przyjaciółki Teresy Lipowskiej i był tam też reżyser Szmagier. Podszedł do mnie i mówi: „Panie Romanie, pamiętam taką historię: poszedłem w Łodzi na „Ryszarda III” (a ja byłem wtedy tuż po Maliniaku – przyp. aktora) i jak się Pan pokazał, to był śmiech, ale minuty spektaklu upływały i śmiech zamierał…

Czy to nie było tak, że decydując się na tę rolę, chciał Pan sprawdzić samego siebie jako aktora, zerwać z emploi stricte komediowym, pokazać się publiczności, która wówczas oglądała Pana na szklanym ekranie jako Maliniaka, z zupełnie innej strony?

– Role komediowe, owszem, czyniły mnie rozpoznawalnym, natomiast ja cały czas teatr i sztukę uważałem za moją wypowiedź nie tylko artystyczną, ale także ideową, polityczną, społeczną i to zaszufladkowanie mnie w rolach komediowych w pewien sposób mnie zamykało. Dlatego m.in. postanowiłem pójść na reżyserię, którą zresztą skończyłem z bardzo dobrym wynikiem, i zacząłem reżyserować sztuki, które zupełnie nie miały nic wspólnego z komedią, bo robiłem i Borowskiego „Kamienny świat”, i „Turonia” Żeromskiego, i wiele innych. To mnie popchnęło do dyrekcji teatru w Łodzi. Ról dramatycznych zagrałem sporo. Był i „Colas Breugnon” Romain Rolland, „Słoń” Kopkova, „Hamlet we wsi Głucha Dolna” w reżyserii Kondriatiuka. Bardzo znaczącą sprawą był dla mnie „Szwejk”. „Szwejka” w Łodzi graliśmy 200 razy. Jednak ten łódzki Szwejk był kolejnym w mojej karierze. W Szwejka wcielałem się w życiu czterokrotnie. Pierwszy raz, mając prawie 30 lat, a ostatni prawie 60. Pierwszego Szwejka grałem w Teatrze Ludowym na Pradze, w adaptacji Bogdana Czeszki i to reżyserował Janek Wrocławski. Później graliśmy to w telewizji, trzeci raz w Łodzi, w reżyserii Janusza Zaorskiego (i to był taki mój najpełniejszy Szwejk). Czwarty raz po tym, jak wróciłem do Warszawy. Nagrałem wtedy taki serial telewizyjny „Spotkania ze Szwejkiem”. Mogę o sobie powiedzieć, że jestem człowiekiem, który miał szczęście, bo spotkał odpowiednich ludzi w odpowiednim momencie i mógł robić to, co robi.

Słynie Pan z tego, że potrafi śmiać się z samego siebie…

– Nigdy nie bałem się pośmiać z siebie. W związku z tym na estradzie mówiłem różne rzeczy, które były kpiną ze mnie. Różni autorzy pisali pode mnie monologi, m.in. w rodzaju: „Wczoraj usłyszałem opinię, co te kobitki we mnie widzą? Owszem uroda jest, ale uroda to nie wszystko, charakter się liczy, a ja charakter mam dość paskudny. Zimny drań jestem, kobiety lubię pasjami. Jeszcze w czasach przedszkolnych na podwórku nazywano mnie Don Juanem… piaskownicy, bowiem uwielbiałem bawić się babkami”. To był Bogdan Brzeziński i trafiło mi się to grać 13 razy w Stanach Zjednoczonych.

Rozumiem więc, że nie gniewa się Pan na ludzi, gdy krzyczą za Panem Maliniak?

– Nie, nie gniewam się, ale muszę też powiedzieć, że bardzo często też krzyczą „Panie Romanie” i to mnie najbardziej satysfakcjonuje.

Rozmawiała: Agnieszka Warchulińska, wrzesień 2008

Foto: Agnieszka Warchulińska, Filmoteka Narodowa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *