Wywiad z Karoliną Michałowską, współtwórczynią filmu „Twój Vincent”

Karoliną MichałowskąZ Karoliną Michałowską, piotrkowianką, należąca do grona twórców słynnego już na cały świat filmu „Twój Vincent”, rozmawiamy o kulisach powstawania tej produkcji, jej zaangażowaniu do prac nad filmem i ulubionych obrazach Vincenta van Gogha. Karolina, obecnie doktorantka Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistka rekonstrukcji antycznych rzeźb, spotkała się z piotrkowską publicznością w miniony piątek, 9 marca, w Miejskiej Bibliotece Publicznej. Tematem spotkania był oczywiście „Twój Vincent”.„Twój Vincent” to jedna z najgłośniejszych produkcji filmowych ostatnich lat. I trudno się dziwić nad światowym rozgłosem, jaki towarzyszy temu polsko-brytyjskiemu dziełu. Po pierwsze jego twórcy – Dorota Kobiela i Hugh Walchman – przedstawili postać słynnego malarza Vincenta van Gogha w sposób w jaki nikt dotąd tego nie uczynił – na ekranie zamiast nudnego biogramu mamy kryminalną zagadkę związaną z jego śmiercią. Po drugie „Twój Vincent” to pierwszy w dziejach kina pełnometrażowy film w całości wykonany w technice animacji malarskiej. Obraz, którego budżet wyniósł zaledwie 5 mln euro w ciągu kilku miesięcy od premiery, od października 2017 roku do marca 2018 roku, zarobił już 40 mln euro i zdobył szereg nominacji (aż 49) do prestiżowych, międzynarodowych nagród branży filmowej. Co prawda bój o Złoty Glob i Oscara przegrał z produkcją Pixara „Coco” (jej budżet to 175 mln dolarów!), niemniej otrzymał między innymi Europejską Nagrodę Filmową.

Jednym z twórców filmu „Twój Vincent” jest piotrkowianka, Karolina Michałowska, która przez siedem miesięcy wraz ze 124 innymi artystami z całego świata malowała na podobraziach malarskich techniką olejną poszczególne klatki filmowej biografii jednego z najsłynniejszych malarzy. Pracowała w studiu filmowym we Wrocławiu na specjalnym stanowisku animacyjnym wielkości 2×3 metry (Painting Animation Work Station – specjalny zestaw łączący aparat i rzutnik z komputerem oraz monitorem zainstalowany przy sztaludze z podobraziem). Łącznie w filmie znalazło się 600 klatek autorstwa Karoliny Michałowskiej.

– Pani Karolino czy są jeszcze emocje po oscarowej nocy?

Karolina Michałowska: – Jeszcze tak, ale już opadają, trzeba przecież do normalnego życia wrócić. Oscary trzeba było odespać i pogodzić się z brakiem nagrody.

– Czy to było spore zaskoczenie dla was, tych wszystkich którzy tworzyliście „Twojego Vincenta”, że film ten stanie się tak głośny? Że ta pełnometrażowa animacja malarska stanie się takim wydarzeniem na świecie i będzie się ubiegać o statuetkę Oscara?

KM:  – To jest pierwszy ręcznie malowany pełnometrażowy film animowany w historii kina więc chyba musiało się o nim zrobić głośno chociażby z tego powodu. Natomiast czy było to dla nas zaskoczenie? Kiedy dwa lata temu dołączyłam do ekipy to już wtedy producent sugerował, że powinniśmy się pospieszyć, bo deadline składania aplikacji do Akademii nadciąga więc, powiedzmy sobie, był to jakby cel całej ekipy. Oscary, odkąd ja dołączyłam, były celem, do którego dążyliśmy, więc zaskoczeniem to może nie było, ale na pewno jest to wielki honor i wielkie wyróżnienie. Mimo braku nagrody już sama nominacja była celem sama w sobie i wystarczającą nagrodą dla twórców.

– Historia pani przystąpienia do ekipy jest dosyć niezwykła. Proszę opowiedzieć, jak dowiedziała się pani, że są poszukiwani artyści do tej produkcji…

 KM: – To jest moja ulubiona anegdotka: o tym, że polski film produkowany w Polsce i malowany w Polsce poszukuje artystów dowiedziałam się od koleżanki z Libanu, która wstawiła na Facebooku video rekrutacyjne. Nie mogłam wyrzucić tego zupełnie z głowy, mimo iż byłam wówczas na pierwszym roku studiów doktoranckich w Warszawie. Przez cztery dni nosiłam się z zamiarem wysłania swego zgłoszenia, bo wiedziałam, że jeśli udałoby mi się dołączyć do ekipy musiałabym przerwać studia i wyprowadzić się do innego miasta żeby pracować. Wysłałam moje portfolio w zasadzie nie wiedząc, jak się potoczy dalej cała ta historia i moje dalsze życie. W owym czasie była mowa o tym, ze produkcja będzie trwała jeszcze tylko trzy miesiące. A trwała jeszcze kolejnych siedem.

 Sądzę, że nie żałuje jednak pani tego kroku?

KM: – Absolutnie nie. Zdecydowanie była to fantastyczna przygoda i wydarzenie, projekt który zmienia życie i który wiele mnie nauczył. Bardzo wiele mi dał też pod względem artystycznym.

– Ten film zmienił nie tylko życie tych, którzy go tworzyli, ale także w ogóle spojrzenie na Vincenta van Gogha. Przyjęło się myśleć o nim, jako artyście, w utarty schematami sposób, wyniesiony głównie ze szkolnych lekcji plastyki. Ten film natomiast  pokazuje go nie tylko jako szaleńca odcinającego sobie ucho…

KM: – Rzeczywiście z jednej strony mamy lekcje plastyki i jakąś taką popkulturową wiedzę o Vincencie, a z drugiej strony filmy oraz biografie i tak naprawdę ile twórców wypowiadających się o Vincencie tyle historii o nim. Jest to postać dość enigmatyczna. Myślę, że bardzo cenne jest to, w jaki sposób nasz film podchodzi do Vincenta, że pozwala mu mówić przez jego obrazy. Cała koncepcja filmu wyrasta z tego, co Vincent napisał w liście do brata, że nie możemy mówić inaczej niż przez nasze obrazy. I ten film pozwala to Vincentowi zrobić, bowiem ożywia ponad dziewięćdziesiąt jego obrazów i opowiada jego historię przez jego dzieła. Podchodzi też do malarza z dużym szacunkiem i respektem. Zdecydowanie uczłowiecza go. Zabiera mu tę maskę szalonego geniusza i pokazuje go jako człowieka, który zmagał się z chorobą psychiczną, z odrzuceniem i z tym, że nie był ceniony. Ten film odnosząc taki sukces składa hołd Vincentowi. Sądzę, że gdyby mógł go obejrzeć byłby bardzo poruszony tym, że sto dwadzieścia pięć osób kopiowało jego obrazy, naśladując jego styl po to, by opowiedzieć jego historię.

P1480481 P1480484 P1480471 P1480495 P1480440 P1480463 P1480487 P1480488 P1480518 P1480498 P1480464 P1480492

– Które z obrazów Vincenta van Gogha są pani ulubionymi?

KM: – On namalował ponad dwa tysiące obrazów więc nie jest łatwo wybrać. Osobiście zawsze miałam słabość do jego nokturnów, nawet bardziej niż do najsłynniejszej „Gwieździstej nocy” mam słabość do „Gwieździstego nieba nad Rodanem”, która jest wieńczącą sceną filmu. (…) Z tym obrazem czuję się najbardziej związana. Natomiast nie dane było mi nad nim pracować, bo ta scena była już namalowana, kiedy dołączałam do ekipy. Zdecydowanie te nocne obrazy Vincenta są moimi ulubionymi. I myślę, że część portretów. Teraz jeszcze portret doktora Gacheta, z którym spędziłam cały miesiąc, zaczął do mnie bardziej przemawiać. Miałam okazję zobaczyć go na żywo w Musee d’Orsay w zeszłym roku i było to jak spotkanie z celebrytą.

– Wyjaśnijmy, że była pani autorką jednej ze scen w filmie, w której brał udział doktor Gachet. Które jeszcze sceny w filmie są pani autorstwa?

KM: – Spora część zdjęć z żandarmem na posterunku, jego portret otwierający scenę i część rozmowy z Armandem oraz bardzo krótki fragment sceny nocnej bójki Armanda z pijaczkami.

– Jak wyglądała pani praca nad tym filmem?

KM: – Było to siedem miesięcy spędzone w małym pomieszczeniu bez okna, dziesięć godzin dziennie, od 8.00 do 18.00, najpierw pięć a potem sześć dni w tygodniu. Była to praca bardzo wyczerpująca, mozolna i nużąca. Trzeba było tę samą scenę namalować kilkadziesiąt czy kilkaset razy, za każdym razem zeskrobując to, co będzie się zmieniało w kolejnej klatce, namalować jeszcze raz dokładnie tak samo…

– Czyli animacja poklatkowa, tyle że na podobraziach, na których ten film malowano?

KM: – Dokładnie, wykonana ręcznie, farbą olejną, która się rozmazuje, która zmienia kolor mieszając się z innymi, która pachnie intensywnie olejem goździkowym i terpentyną, czyli toksycznym rozpuszczalnikiem więc siedzenie przez siedem miesięcy w oparach tego wszystkiego nie należało do przyjemności, ale czego się nie robi dla sztuki. Dla sztuki należy najwyraźniej cierpieć wzorem Vincenta, na szczęście nikt ucha nie stracił (śmiech). Ale można było stracić przez te opary włosy i paznokcie. Trochę sił i zdrowia trzeba było poświęcić na ten film.

– Czy policzyła pani ile tych namalowanych klatek wyszło spod pani ręki?

KM: – Przestałam liczyć przy trzystu, ale myślę, że około sześciuset mogło powstać. Chyba nie więcej. Scen miałam siedem i większość miała około stu klatek. Niektóre były trochę krótsze. Liczę więc, że było to około sześciuset klatek filmu z sześćdziesięciu pięciu tysięcy klatek przypadających na cały film. 125 osób malowało 95 minut filmu więc średnio każdy z nas ma mniej niż minutę filmu. Są tacy, co mają i siedem minut, ale oni pracowali cztery lata. Ja pracowałam tylko siedem miesięcy więc proporcjonalnie zdążyłam mniej zrobić.

– Na zakończenie wróćmy do Piotrkowa. Urodziła się pani w Piotrkowie? Wraca pani czasem do miasta?

KM: – Tak urodziłam się w Piotrkowie, tutaj kończyłam szkołę podstawową, gimnazjum i liceum, później wyjechałam do Warszawy na studia, a jeszcze później do Włoch. Teraz mieszkam trochę w Piotrkowie. Będę pisać doktorat tak więc trochę spokoju się przyda.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Warchulińska

Foto: Agnieszka Warchulińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *